Ostatnia książka którą czytałem, skłoniła mnie do powtórnego obejrzenia filmu „Blade Runner” z 1982 roku. Jestem pozytywnie zaskoczony faktem, że film, który ma już prawie pół wieku(!), tak dobrze się ogląda nawet dzisiaj. Nie kłują w oczy efekty specjalne, a świat wykreowany przez Ridleya Scotta, do dziś pozostaje fundamentem wszelkich nurtów Cyberpunkowych czy Noir. Przecież ten sam dokładnie świat, możemy obserwować w serii gier Syndicate, grach fabularnych, czy też nadchodzącym hicie od CD RED – Cybepunk 2077″.

Najbardziej zachwycił mnie jednak klimat tego filmu. Muzyka Vangelisa, ciemny – wręcz mroczny i deszczowy świat, potężne miasto Los Angeles, rozbudowane i zindustrializowane, pełne różnych ludzi, pełne reklam i super wieżowców, a z drugiej strony opustoszałe i pełne ruin dawnego świata. W tym wszystkim nasz bohater, wydaje się być zagubiony, zmuszony niejako przez życie do pracy, która co najmniej nie daje mu satysfakcji. A do tego, zakochuje się w dziewczynie, która jest replikantem, jednym z celów jego pracy. Pytanie o człowieczeństwo, ciągłe poczucie zagrożenia i doskonała kreacja Rutgera Hauera, sprawiają, że jesteśmy bardziej skłonni do filozoficznych rozmyślań na temat przyszłości, która w cale nie jest już tak odległa.
Kultowa scena, niezwykle emocjonalna w końcowej fazie filmu, gdy na dachu, Roy Batty opowiada o swoim życiu zadziwionemu detektywowi, któremu przed chwilą uratował życie, daje nam do zrozumienia, że tak samo jak ludzie replikanci chcieli żyć, czuć i mieć prawo do istnienia i wyboru. Tego prawa im odmówiono, ze względu na strach, pieniądze lub inne czynniki. Jednak nie przeszkadzało im to w drodze do wolności. Na końcu Roy wygłasza słowa, które stanowią epitafium nie tylko jego, ale całego gatunku replikantów.

- I’ve seen things you people wouldn’t believe. Attack ships on fire off the shoulder of Orion. I watched C-beams glitter in the dark near the Tannhauser gate. All those moments will be lost in time, like tears in rain. Time to die.
Pochwała życia, gloryfikacja egzystencji, niezależnie od formy w jakiej występuje. Moim zdaniem to właśnie chciał przekazać ten film. Prawdziwe arcydzieło. I oglądając je w 2020 roku, mogę śmiało powiedzieć, że nie straciło niczego ze swojego uroku, ani z przesłania które niesie w XXI wiek.